Przeskocz do treści

Jan Przybyś

O Janie można opowiadać godzinami, łączył swoją pasję nie tylko goisty, ale też brydżysty czy szachisty z pracą jako sędzia w Sądzie Okręgowym w Szczecinie. Wielki fan san-sanów. Bronił tego ruchu konsekwentnie od kiedy pamiętamy. Twórca Szczecińskich remisów – zawsze je proponował lub przyjmował. Pasjonat starych rpgów.

Na organizowanych przez siebie grillach można było zobaczyć otwartego laptopa z rozgrywką w którąś z części serii might and magic (w tym także serię heroes of might and magic), a na półce stały pudełka z wydaniami izometrycznych klasyków.

Jan raczej lubił wypowiadać się precyzyjnie, tak, aby wyczerpać temat i możliwie nie zostawić miejsca na złą interpretację, a co za tym idzie jego wypowiedzi, czy artykuły, były zazwyczaj długie, a nieraz nawet bardzo długie. Dlatego, jeśli Jan mógł tworzyć długie teksty, to jesteśmy usprawiedliwieni, a nawet zobligowani, by napisać o nim wspomnienie, na tyle dokładne na ile potrafimy. Jeśli ktoś nie czytał tekstów Jana, to polecamy jego dwa apele o powołanie ligi miast (Apel 1, Apel 2) a szczególnie aspekty techniczne tejże ligi.

Jan był wielkim fanem Monty Pythona. Często stosował zasadę, że jeśli jakiś żart jest dobry, to można go opowiadać wielokrotnie. A teraz coś z zupełnie innej beczki, Jan był wielkim fanem Monty Pythona… Uwielbiał Klub Pickwicka, mamy tu na myśli powieść Dickensa, bo jak wiemy, to nie jedyny Klub Pickwicka w jego życiu. Poza tym polecał Profesora Tutkę - książkę Jerzego Szaniawskiego, jak i Śniadanie Mistrzów - Kurta Voneguta. Nie raz wspominał, że jakby mógł wybrać czas, w którym miałby żyć, to by to był wiek XIX.

Uwielbiał Czechy i Czechów, a może przede wszystkim Czechów. Bardzo się kiedyś cieszył, że ktoś mu powiedział, że „jest taki czeski”. Zadurzył się też w Amsterdamie, a może całej Holandii...

Jan uważał, że jednym z najlepszych filmów wszech czasów był 8 i 1/2 Felliniego, bardzo chętnie to wszystkim tłumaczył. Uwielbiał też kino czeskie, np. serial "Goście". Zawsze był chętny, by prezentować te filmy u siebie w domu.

Był wielkim estetą i znał się na kolorach. Bardzo lubił zastanawiać się, która szachownica i zegar będą “dobrze leżały” do danych figur, czy też goban do gosu i zegara.

Z jednej strony dążył do idealnego zestawu do gry, jednak z drugiej lubił powtarzać stwierdzenie  „nie tworzymy bytów idealnych”, szczególnie np. gdy piąty raz zmieniał dyktowany tekst, by jednak przejść dalej, ale dodawał zastrzeżenie, że najwyżej jeszcze zmienimy, jeśli wymyśli jak to inaczej napisać.

Jana oczkiem w głowie było kupowanie sprzętów do gier. Głównie szachów, wyjątkowych, starych, lub ich replik, lub tradycyjnie produkowanych przez stare firmy, choć też nie tylko. Najbardziej cenił takie, którymi kiedyś grywano na ważnych turniejach.

Marzył o tym, by organizując turnieje w Go, były one ładne, co najmniej tak, jak turnieje szachowe sprzed lat. Rozumiał przez to jednolite zestawy do gry + kartki z nazwiskami graczy. Sprzęt wcale nie musiał być drogi, przede wszystkim miał być jednolity. Jednak nie podobały mu się brzydkie plastikowe gosu, dlatego zainicjował klubowe klejenie gosu z tektury, którą potem okleiliśmy okleiną drewnopodobną. Musimy tutaj przyznać, że faktycznie takie zestawy prezentują się dużo ładniej.

Najlepsze, Jana zdaniem, zestawy do Go to zestawy japońskie. Chciał  kupić dla Klubu Porfiriona sześć identycznych japońskich zestawów do gry, by je potem wykorzystywać na pierwszych deskach na turniejach - miało to być zrobione wzorem dawnych turniejów szachowych. Ten pomysł zrealizowaliśmy wspólnie. Jan zdążył wybrać jakie zestawy chciałby zakupić i przekazał i zarezerwował pieniądze na zakup gobanów z japońskiej Kaya’i. Ustalił też z klubem, że klub prędzej czy później dokupi gosu i kamienie, które wybrał. Cel udało się zrealizować bardzo szybko i już na tym turnieju będziemy mogli grać na tych zestawach. Jan też wymyślił, by zestawami opiekowało się sześcioro klubowiczów, którzy aktualnie mają największy staż w klubie i dalej są aktywnie w niego działalność zaangażowani. Tak też się stało.

Miał niesamowitą pamięć. Znał chyba każdy sprzęt, na jakim były grane wszystkie Mistrzostwa Świata w Szachach, które były fotografowane, jak też i zestawy, na jakich dawniej grano inne ważne turnieje.  Wiedział gdzie i kiedy powstawały różne odmiany wzoru figur Staunton.

Jego ulubionymi szachami była Czeska Klubovka, to szachy turniejowe popularne w Czechach kilka dekad temu. Nic specjalnie wyszukanego, ani drogiego - przynajmniej teraz. Kiedyś oczywiście zestawy takiej klasy nie były tak łatwo dostępne i na kupienie swojej pierwszej musiał długo poczekać, ale jeśli chodzi o zakupy, to był cierpliwy.

Jan często powtarzał, że dorastając, należy w sobie zachować cząstkę dziecka. Udawało mu się to bardzo dobrze, mimo że można było odnieść wrażenie, że jest starszy, niż faktycznie był, ale to chyba przez jego zamiłowanie do XIX wieku.

Kilkanaście dni przed śmiercią Jan powiedział, że Porfirion i Klub Porfirion to jedne z najlepszych rzeczy, które go spotkały w życiu. Dla nas także Klub Porfiriona, to jedna z najlepszych rzeczy, która nas spotkała i bardzo mu za to dziękujemy. Bez Jana nasz klub - jak i nasze turnieje - byłyby inne.

Jan lubił opowiadać, albo coś tłumaczyć. Jego opowieści niezawodnie były przerywane anegdotami. Zdarzało się nieraz nawet, że wracał do początkowego tematu. Tych rozmów będzie brakowało.

Jan nie zamykał się w sobie, wręcz przeciwnie: dawał się poznać takim jakim jest, otwierając swoją duszę artysty na interlokutorów. Miał cudowną zdolność do widzenia piękna w każdym ze swoich hobby. Piękno to miało dwie postaci: filozoficzną oraz fizyczną. Zgłębiał oba piękna równocześnie, instynktownie wiedząc, że tylko idealna równowaga między nimi da wspaniałe efekty. Swoim podejściem zarażał swoich interlokutorów. Każda osoba, która z nim rozmawiała, wie dobrze, że o przeszłości, o filozofii i duchu gry, o jej wielowymiarowym pięknie potrafił rozmawiać długo i namiętnie, a anegdot nigdy końca nie było. Niezależnie czy był to brydż, szachy, czy go (w końcu to gra, w której gra się kształty - brzydkie i piękne), do każdego hobby podchodził z takim samym namaszczeniem. Nie było zdziwienia gdy na jednym ze spotkań klubowych poinformował, że wraca do malowania własnych obrazów. Za to raz jeszcze zaskoczył jak wiele głębi może być nawet w najprostszych, automatycznych czynnościach - tak działa dusza artysty.

Jan co prawda nie chciałby, aby go opłakiwać, ale pozostanie  na zawsze w naszych sercach i pamięci. Pustki po nim nic nie uzupełni.

Zdjęcia z Janem wybranie z klubowej galerii: https://photos.app.goo.gl/B9apXDk6RFAUd2JB8